Poczuła, jak jej ręka opada powoli, ciągnięta delikatnie w dół przez Zelanisa. Stali tak przez chwilę, a Lothris pomyślała, że może powinna coś odpowiedzieć, a może delikatnie wyrwać się z jego uchwytu i odwrócić do niego. Jednak bała się, że się potknie albo że powie coś głupiego. Wreszcie zapragnęła przerwać tę krępującą ciszę, więc spojrzała w końcu na mężczyznę i spytała:
- Jak mnie tu znalazłeś?
- Widziałem, jak tu wchodziłaś. - Obserwował jej twarz, jakby badając reakcję na swoje słowa. - Często to robisz.
To nie było pytanie. Gdyby Lothris miała teraz trzeźwy umysł, z pewnością wysunęłaby prosty wniosek, że Zelanis poświęcał jej więcej uwagi, niż zdawała sobie z tego sprawę.
- Tak - odparła cicho, ostatnią głoskę niemal bezdźwięcznie. Wzięła głęboki wdech i dodała: - Chciałeś ze mną o czymś porozmawiać?
Nie odpowiedział od razu, a znowu patrzył na nią w ten dziwny badawczy sposób, jak gdyby analizował każdy szczegół jej twarzy: najpierw oczy, lekko rozszerzone z emocji, potem policzki obleczone niemal niezauważalnym rumieńcem, a wreszcie rozchylone w oczekiwaniu usta. Czy jej się zdawało, czy stał nieco bliżej, niż jeszcze przed chwilą? Zastanawiało ją, że nie czuła już nieśmiałości. Właściwie, odkąd zadała swoje pytanie, znowu przyszedł jej do głowy pomysł, by rzucić się na mężczyznę i podświadomie z każdą sekundą była coraz bliższa zrobienia tego.
- Jesteś bardzo uzdolniona. Zadanie orków nie sprawi ci żadnych problemów.
Na twarzy Lothris pojawił się bardzo głupi wyraz. Przez kilka sekund wpatrywała się tępo w Zelanisa, próbując przyswoić to, co właśnie powiedział. O, bogini, pomyślała. Musiała się odwrócić, żeby nie zauważył, jak powstrzymuje śmiech. Jakaż była naiwna!
Po raz kolejny tego wieczoru poczuła zdecydowany uścisk jego dłoni. Złapał ją za rękę, odwrócił i przyciągnął do siebie. Już nie badał jej twarzy, tylko wpatrywał się intensywnie w jej oczy, z jakąś obcą dla Lothris żarliwością. Czy właśnie tak wyglądam, gdy na niego patrzę? Ale nie zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie.
- Ale i tak ogarnia mnie szał, gdy pomyślę, jak długo będziesz z dala ode mnie. - Nie dał jej zasmakować tych słów, zamiast tego przycisnął ją do ściany i wpił się w jej wargi.
Nawet nie zauważyła, że przestała oddychać, w ogóle jej to nie przeszkadzało. Jedyne, co miało znaczenie, to jej dłoń wpleciona w jego włosy, jego usta na jej ustach, jego dłoń błądząca po jej ciele... Najpierw po karku, potem coraz niżej wzdłuż kręgosłupa i dalej, aż zatrzymała się na udzie, które natychmiast przyciągnął do siebie...
Oderwał od niej usta, lecz nim zdążyła choćby rozchylić powieki, poczuła jego wargi na swojej szyi. Zaczerpnęła głęboko powietrza. Chciała chyba coś powiedzieć, nie była pewna, bo z jej ust wydobył się tylko cichy jęk, gdy odchyliła głowę do tyłu. Zelanis zszedł z pocałunkami do jej obojczyka, tam zatrzymał się na moment, by podjąć dalszą powolną wędrówkę ku jej piersiom. Napotkawszy przeszkodę w postaci przylegającej ciasno do ciała bluzki, przerwał swoją czynność.
Lothris spojrzała na niego nieprzytomnie, otworzywszy lekko oczy.
- To chyba nie jest odpowiednie miejsce, nie sądzisz? - zapytał i uśmiechnął się do niej zawadiacko.
Dziewczyna uważała, że bardzo odpowiednie i że powinien wziąć ją tu i teraz. Zdecydowała jednak, że mądrzej będzie zostawić ten temat na chwilę, gdy odzyska zdrowy rozsądek.
- Jedź ze mną - poprosiła zamiast tego.
Zelanis skrzywił się lekko.
- Nie mogę. Przecież wiesz, że mam uczniów. A ponadto dużo obowiązków w służbie dla regenta.
- Ktoś na pewno może cię zastąpić - zaprotestowała, chociaż domyślała się, jaką odpowiedź dostanie i bardzo ją to rozsierdziło.
- Przykro mi, Lothris. Wierz mi, że nie chcę puścić cię samej...
Ale dziewczyna już go nie słuchała. Prychnęła, po czym zerwała się do biegu i, przeskoczywszy na dach najbliższego budynku, zaczęła pospiesznie się oddalać.
Zelanis patrzył za nią ponuro, ale nim jeszcze zniknęła z pola widzenia, na jego twarzy pojawił się zachwyt.
Była wściekła. Oczywiście, że tak. Jakież to typowe, wymówić się od udziału w niebezpiecznej misji, by zostać w spokojnym mieście, gdzie od paru lat największym zagrożeniem był podpity awanturniczy elf! Ależ on ma obowiązki, zgadza się. Musi przechadzać się po sali treningów i rzucić parę mądrych spojrzeń na tego czy tamtego ucznia.
Lothris biegła, nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że jej nie goni. Zresztą nawet gdyby próbował, i tak by jej nie doścignął. Mógł sobie być zręczniejszy i inteligentniejszy, ale ona była szybsza, co bardzo ją w tej chwili cieszyło. Wiedziała, że powinna wrócić do domu, odpocząć, pomedytować, może spakować się na podróż, ale nie była w stanie. Złość w niej buzowała i musiała dać jej upust. Ale czy na pewno była to tylko złość? Och, jak ona żałowała, że nie zdarła wtedy z siebie ubrań, byle tylko nie przerywał...
- Nie, nie, przestań - powiedziała do siebie stanowczo, kręcąc głową.
Przemierzała miasto do czasu, aż uszły z niej wszystkie burzliwe emocje. W końcu zostało zakłopotanie. Dała się ponieść dziecinnym emocjom. Ciekawe, czy znów zostanę ukarana za wybuch, pomyślała i roześmiała się nerwowo. Doszła do wniosku, że nie chce jutro zobaczyć Zelanisa. Nie ma więc na co czekać - wróci do domu, spakuje się i natychmiast wyruszy do Orgrimmaru po to cholerne zadanie.
Ledwie świtało, gdy Lothris wreszcie zapięła swoją torbę i przewiesiła ją przez ramię. Rozejrzała się po swoim domu, na który składał się tylko jeden pokój. Bylo to owalne pomieszczenie o bardzo skromnym umeblowaniu. Po jednej stronie stało okrągłe purpurowe łoże z baldachimem, po drugiej duża komoda, w której Lothris trzymała w starannym porządku wszystkie swoje rzeczy. Na parapecie okna urządzone było wygodne siedzenie obłożone poduszkami, obok stał nieduży stolik. Przy drzwiach, naprzeciw okna, znajdował się duży kwiat z Teldrassilu, który kiedyś Lothris dostała od swojej matki. Była to w zasadzie jedyna ozdoba w tym miejscu.
Podeszła do drzwi i zapieczętowała je zaklęciem, jednym z nielicznych, które poznała, nim porzuciła ścieżkę maga. Potem wyszła przez okno na wąski parapet i powtórzyła zaklęcie na okiennicach. Teraz jej mieszkanie było bezpieczne; mogła ruszyć w podróż.
Dość niespiesznie jak na siebie udała się do pałacu, by skorzystać z kuli translokacji. Dzięki temu cudowi myśli magicznej Lothris w parę sekund przedostała się do odległego o setki kilometrów Undercity, miasta trupów, jak pogardliwie nazywała je dziewczyna.
Zaledwie wydostała się z komnaty z kulą na dziedziniec, a poczuła nieznośny fetor. Zatkała nos z niesmakiem, zastanawiając się z odrazą, czy zapach pochodzi z małej fosy dzielącej dziedziniec od zamku Lordaeronu, wypełnionej niepokojąco zielonkawą wodą, czy może z głębi tegoż zamku, gdzie znajdowały się windy do podziemnego miasta-ścieku. W każdym razie uciekła stamtąd czym prędzej, by przez las Tirisfal przedostać się do sterowca.
I oto była tutaj, w Orgrimmarze, upokorzona najwyraźniej wyłącznie przed samą sobą, gdyż nikt inny tutaj nawet nie zwracał na nią uwagi.
Nastrój:
tagi: